poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Rozdział 2

Hej! :) Jak obiecałem, rozdział będzie jeszcze w tym miesiącu :) Niestety krótki, gdyż nie miałem zbytnio czasu by go napisać... Wyjazdy, urodziny i załatwienia do szkoły. A teraz życzę miłego czytania :3
Rozdział 2
                        Była już dwunasta. Brązowowłosa właśnie wstała ze swojej kanapy i rozejrzała się po pokoju. Wszędzie był bałagan, a na stoliku stało pięć fiolek z jakimś różowym eliksirem i jakaś kartka papieru. Szatynka próbowała się podnieść z kanapy. Udało jej się, jednak upadła na podłogę. Ogromnie bolała ją głowa. Jedyne co pamiętała to… W sumie nic nie pamiętała. Pili bardzo dużo alkoholu. Po paru minutach wreszcie stanęła na nogach. Podeszła ostrożnie do stolika i spojrzała na kartkę papieru.
Zostawiam wam trochę eliksiru niwelującego skutki alkoholu. Kiedy zobaczyłem was w takim stanie to poszedłem do gabinetu i przyrządziłem trochę tego eliksiru. Jedna fiolka na jedną osobę.
Severus Snape
Dziewczyna zaśmiała się lekko. Wyobraziła sobie reakcje Mistrza Eliksirów na widok jego ślizgonów leżących na podłodze, łóżku i kanapie. Musiał być nieźle zaskoczony. Jednak nie chciała myśleć o reakcji wujka, bo głowa jej po prostu pękała. Wzięła fiolkę i ją odkorkowała, i wypiła na raz. Po chwili położyła się na kanapie i poczuła dziwne pulsowanie krwi w głowie. Eliksir powoli zaczynał działać. W przeciągu godziny zdążyli obudzić się już wszyscy przyjaciele i wypili eliksir. Po następnej godzinie byli już w drodze na boisko do quidditcha.
            -Hermiono, dzisiaj macie naznaczenie – odrzekła ze spokojem w tonie Avada – O północy macie stawić się w sali tortur – dodała, uśmiechając się do przyjaciół.
            -Nareszcie! Tyle czekałam na Mroczny Znak – odpowiedziała radośnie, odsyłając uśmiech.
Szatynka była szczęśliwa z powodu naznaczenia. Nie mogła się doczekać, kiedy będzie mogła dumnie reprezentować Czarnego Pana. Jednak wiedziała, żeby nie pokazywać Mrocznego Znaku tak po prostu. W końcu dotarli na boisko i podzielili się na drużyny. Dzisiaj było mniej osób, więc nie mieli pałkarzy i tylko jednego ścigającego. Drużyny były następujące: Hermiona-Avada-Jess i Draco-Nott-Blaise. Na nieszczęście Notta, Miona zgrabnie go wyminęła, nie dając mu szans na przejęcie kafla. Zrobiła swój opanowany trick na wykiwanie obrońcy i strzeliła pięknego gola. 10-0 dla dziewczyn. Blaise podał kafla do Notta, który już pędził ku obręczom dziewczyn. Miał już rzucić kafla, jednak panna Riddle przejęła kafla, dzięki szybkości jej nowej miotły. Pędziła w stronę Zabiniego, który był gotowy do obrony, a Nott miał tylko Nimbusa 2001, więc nie miał szans na dogonienie przyjaciółki, która wkrótce potem strzeliła kolejnego gola. Było już 20-0 dla drużyny Miony. Po chwili doszło jednak do ataku na dziewczyny. Nott rzucił kafla do lewej obręczy, jednak Jess zdążyła odbić kafla, który poleciał prosto do panny Riddle, która już leciała do obręczy chłopaków. Strzeliła kolejnego gola.
            Po dziesięciu godzinach, nadal nie było widać znicza. Na prowadzenie zaczęli wychodzić chłopacy, którzy mieli przewagę wyniku, a mianowicie 380-370. W końcu Avada spostrzegła znicza, który przelatywał między drzewami. Zaczęła lecieć w jego kierunku, a kiedy Draco zobaczył co robi jego przyjaciółka, natychmiast rzucił się w pogoń. Gdy czarnowłosa obróciła się za siebie i zobaczyła że blondyn leci w jej kierunku, postanowiła zablokować mu drogę, tracąc znicza z oczu. Jej „niecny” plan się powiódł i Malfoy skręcił gwałtownie w drzewo i spadł z miotły. Teraz pozostało tylko złapać znicza. Gdy obrońca chłopaków spojrzał na przyjaciela, Miona zdążyła strzelić kolejnego gola, a Avada mknęła już w stronę znicza, który zataczał pętle wokół obręczy chłopaków. Po paru minutach mała piłeczka była już w dłoni czarnowłosej. Dziewczyny wygrały 540-370. To był najwyższy wynik jaki udało im się uzyskać, a były z siebie dumne. W końcu nastała godzina naznaczenia. Przyjaciele przebrali się w szaty śmierciożerców i skierowali się do lochów. W środku stał cały wewnętrzny krąg i sam Czarny Pan, który wywołał najpierw córkę. Ta spokojnie podeszła do ojca i stanęła z kamiennym wyrazem twarzy.
            -Zanim otrzymasz Mroczny Znak, musisz zabić niewinną osobę – odrzekł, wpatrując się w oczy córki – Yaxley, Lestrange! Wprowadźcie więźniów! – krzyknął w stronę dwóch śmierciożerców, którzy po chwili wprowadzili czwórkę ludzi. Po jednym dla Jess, Miony, Notta i Blaise’a.
Przed szatynką związany był Remus Lupin. Bellatrix zdjęła z jego oczów opaskę, a kiedy ujrzał gdzie jest, zamarł.
            -Hermiona! Wszystko w porządku? – zapytał szybko, nie zważając na wzrok Voldemorta.
            -Czy wszystko w porządku? – powtórzyła ironicznie, uśmiechając się podle – U mnie dobrze, a u ciebie fatalnie. Pożegnaj się z życiem! – krzyknęła, nakierowując koniec różdżki w jego stronę.
            -Hermiono, co ty mówisz? – zapytał, nie wiedząc co powiedzieć – Od kiedy jesteś z NIMI?
Dziewczyna zignorowała jego pytanie i powiedziała głośno dwa, wszystkim znane słowa.
            -Avada Kedavra
Z jej różdżki wystrzelił zielony promień, który ugodził wilkołaka w twarz. Były nauczyciel obrony przed czarną magią leżał martwy na posadzce lochu. Podniosła lewą rękę w stronę ojca, który ukuł ją różdżką w przedramienie.
            -Czy przysięgasz mi wierność? Czy przyrzekasz, że nigdy mnie nie zdradzisz i będziesz głosić moją ideę?
            -Przysięgam.
W tym momencie poczuła ogromne pieczenie, jakby włożyła rękę w ogień. Nie chciała, żeby wszyscy zauważyli jej słabość, więc zacisnęła zęby żeby z jej ust nie wydobył się jęk bólu. Po chwili na jej lewym przedramieniu widniał Mroczny Znak. Tak samo wyglądało naznaczenie Blaise’a, Jess i Notta. Draco i Avada mieli już Mroczne Znaki, więc tylko stali wśród śmierciożerców.
                        Wakacje minęły bardzo szybko. Hermiona, Teodor, Draco, Jess, Blaise i Avada siedzieli już w jednym z przedziałów w pociągu, z którego cały czas było słychać wybuchy śmiechu. Tą świetną zabawę przerwał pewien rudzielec który stanął w drzwiach przedziału.
            -Hermiona! Nareszcie cię znalazłem! Gdzie ty byłaś? – spytał z troską, uśmiechając się, jakby dostał milion galeonów.
            -A co cię to interesuje? Won – rzuciła niemiło w stronę rudzielca, przeszywając go pogardliwym wzrokiem.
            -Co ty mówisz Miona? Chodź do nas, a nie siedzisz z tymi szumowinami. Oni są nic nie wartymi ślizgonami i ścierwami – mówił, obrażając prawdziwych przyjaciół.
Czarnowłosa dziewczyna, która nie otrzymała jeszcze przydziału do żadnego domu poderwała się z wściekłym spojrzeniem.
            -Słuchaj idioto, nie masz żadnego prawa obrażać naszych przyjaciół. Weasleyowie nie mają do tego praw – pocisnęła podle rudego gryfona.
            -Coś ty powiedziała?! – krzyknął wściekle, wyciągając przed siebie różdżkę, którą przystawił do gardła siostrze Miony.
Szatynka wstała i uderzyła rudego w twarz. Wyjęła różdżkę i użyła na nim klątwy niewerbalnej, którą poznała w dworze Malfoy’ów. Rudzielec rozejrzał się wokół siebie i podskoczył z krzykiem.
-PAJĄKI! ONE SĄ WSZĘDZIE! – krzyczał w niebogłosy, zaczynając uciekać gdzie pieprz rośnie. Wyglądał jakby zjadł kanapkę z peklowaną wołowiną.
W przedziale wybuchły salwy śmiechu. Widok Weasley’a uciekającego przed pająkami które tylko on widział był komiczny.
            -Czym go potraktowałaś? – spytała z rozbawieniem siostra Malfoya.
            -Klątwa Nawiedzenia. Jedna z średniowiecznych klątw. Sam Slytherin ją wymyślił – odpowiedziała, uśmiechając się dumnie ze swojego czynu.
Po tym wydarzeniu jakby nigdy nic zaczęli grać w eksplodującego durnia. Blaise był w tym mistrzem i z łatwością pokonał wszystkich. Potem objadali się różnymi smakołykami, aż w końcu dojechali do Hogwartu. Gdy wysiedli z pociągu, wsiedli do jednego z powozów, który pojechał w stronę zamku.  Byli podekscytowani nowym rokiem szkolnym. Jedynie Hermiona ubolewała nad tym, że jest wśród szlam i zdrajców krwi w Gryffindorze. Wolała być w Slytherinie jak jej przyjaciele i rodzice. Z jej myśli wyrwał ją głos Dracona.
            -Wszystko w porządku? Wyglądasz dziwnie? – zapytał, zadziwiony zachowaniem najlepszej przyjaciółki.
            -Tak, po prostu wolę być z wami w Slytherinie. A jestem wśród tych mieszańców, szlam i zdrajców krwi – odpowiedziała, wpatrując się w szare oczy Dracona.
Nie wiedział co odpowiedzieć. Niemożliwa jest przecież zmiana domu w połowie nauki. Wszyscy przyjaciele chcieli by Hermiona była z nimi w domu. Nagle powozy zatrzymały się. Wyszli z niego i skierowali się do zamku na ucztę. Dumbledore jak zwykle mówił że ciemne moce próbują wedrzeć się do zamku, zakazy dla pierwszorocznych, bla bla bla… Po tym nauczycielka transmutacji wniosła stołek i stary, zakurzony kapelusz znany jako tiara przydziału. Zaczęła się ceremonia.
                        Gdy Adrien Shepard trafił do Hufflepuffu, przemówił dyrektor, chcąc zacząć ucztę.
            -To już koniec w tegorocznej ceremonii przydziału. Wit-
            -Nie, Dumbledore. To nie koniec – odrzekła szorstko tiara.
Wszyscy spojrzeli na tiarę, jakby dowiedzieli się że Dumbledore jest kobietą. Tego jeszcze nigdy nie było.
            -Eee, co masz na myśli Tiaro? – zapytał dyrektor.
            -Pragnę przydzielić kogoś jeszcze. Ponownie.
W sali wybuchł gwar. Wszyscy niemal nie spadli z wrażenia. Tego naprawdę nigdy nie było. Dyrektor zarządził spokój, po czym wszyscy ucichli, wpatrując się w kapelusz.
            -Dobrze. Kogo chcesz przydzielić ponownie? – zapytał, zezwalając na ponowny przydział ucznia.
            -Pannę Granger – powiedział chłodno kapelusz, po czym na stołku usiadła siedemnastoletnia gryfonka.
Nałożyła tiarę na głowę i czekała na przydział, a w tym samym czasie uczniowie wpatrywali się w gryfonkę z osłupieniem. Tylko niektórzy ślizgoni uśmiechali się do niej. Krukoni i Puchoni mieli obojętne miny. Widocznie mieli gdzieś gdzie trafi gryfonka.
            -Zmieniłaś się. Idealnie pasujesz do Slytherinu – odrzekł kapelusz.
            -Bogu dzięki. Nie chcę być dalej wśród tych oferm – odpowiedziała z nadzieją.
            -Ale możesz także trafić do Ravenclawu. Twoja inteligencja i bystrość przewyższa niektóre cechy – powiedział szorstko kapelusz.
            -Zdecyduj się stary kapelutku! – krzyknęła bezczelnie do tiary.
            -Nie pozostawiasz mi wyboru
            -SLYTHERIN! – krzyknęła na cały głos tiara przydziału. Uczniowie domu węża wstali i zaczęli klaskać, natomiast gryfoni byli wściekli i zawiedzeni. A rudy Weasley najbardziej.
Szatynka z uśmiechem na twarzy usiadła przy stole ślizgonów między Draconem a Avadą. Nareszcie może być w jednym domu z prawdziwymi przyjaciółmi.
Gdy dyrektor klasnął w dłonie, na stołach pojawiły się przeróżne dania, na które łapczywie rzucili się wszyscy uczniowie. Jedynie Gryfoni byli nieswoi i nie mieli zbytnio ochoty na jedzenie. Ale za to ślizgoni ucztowali jak królowie.
            Po uczcie Hermiona z innymi ślizgonami skierowali się do pokoju wspólnego, który znajdował się w lochach. Gdy znaleźli się w środku, brązowowłosa poczuła, że tu jest jej miejsce. Od zawsze powinna tu być. Skierowała się z przyjaciółkami do swojego dormitorium, w którym były już Pansy Parkinson i Milicenta Bulstrode. Gdy drzwi się otworzyły, dziewczyny spojrzały nagle w ich kierunku.
            -No, widzę że Granger została ślizgonką na starość – zażartowała Pansy, śmiejąc się obojętnie.
            -Dla ciebie Pani Riddle, Parkinson – odpowiedziała chłodno w stronę ślizgonki o twarzy mopsa.
Czarnowłosa spojrzała na nią tajemniczo, po czym podeszła do niej i skierowała wzrok na lewą rękę dziewczyny.
            -Udowodnij. Pokaż TO, bo ci nie wierzę że jesteś JEGO córką – odrzekła szorstko.
Szatynka wiedziała, że Parkinson miała ambicję na śmierciożerczynię, więc nie obawiała się by pokazać jej Mroczny Znak. Podwinęła lewy rękaw a mopsica ujrzała słynny znak śmierciożerców. Spojrzała na nową ślizgonkę z podziwem.
            -No proszę… Jednak to prawda – mruknęła drżącym głosem.
            -Śmiesz we mnie wątpić Parkinson? – zapytała niemiło, przeszywając dziewczynę morderczym wzrokiem.
Czarnowłosa nie odpowiedziała, tylko przebrała się i poszła spać. W jej ślady poszły także inne dziewczyny znajdujące się w dormitorium. Już jutro pierwszy dzień zajęć. Pierwsze były podwójne eliksiry ze Snapem. Większość uczniów nienawidziła tego przedmiotu i również nauczyciela. Jednak ślizgoni byli wyjątkami.
                        Rano szatynka obudziła się około dziewiątej. Zaklęła, gdy spostrzegła która godzina. Ubrała się w szkolne szaty i bez śniadania pobiegła do klasy eliksirów. Właśnie minęła nauczyciela, który szedł w stronę uczniów czekających pod salą. Zdążyła.
            -Dzisiaj trochę o antidotach. Musicie je znać, jeśli warzycie jakiekolwiek eliksiry. Możecie także wepchnąć bezoar do gardła poszkodowanej osoby. Dzisiaj przygotujecie antidotum na Popularne Trucizny. Strona czterdziesta pierwsza – odrzekł chłodno profesor.
Wszyscy wzięli się do pracy. To akurat był banalny eliksir. Hermiona wiedziała jak go uwarzyć. Rozdrobniła dwa bezoary na proszek, dodała cztery miarki do kociołka i dwie miarki składnika standardowego, po czym zaczęła podgrzewać na średnim ogniu. Po machnięciu różdżką musiała zostawić eliksir na trzydzieści minut.
                        Po minionym czasie dodała sproszkowany róg jednorożca, pomieszała dwa razy zgodnie z ruchem wskazówek zegara, dodała dwie jagody z jemioły i zamieszała w kierunku przeciwnym, po czym machnęła różdżką nad kociołkiem i wlała eliksir do fiolki. Skończyła dwadzieścia minut przed czasem. Gdy oddała fiolkę profesorowi ten spojrzał na nią.
            -Wybitny – mruknął obojętnie – A ci którzy skończyli, przygotują antidotum na niepopularne trucizny. Strona czterdziesta czwarta – dodał chłodno.
                        Po kolejnej godzinie eliksirów uczniowie skierowali się do klasy obrony przed czarną magią. To stanowisko objął już prawdziwy Alastor Moody. Nie uczyli się zbytnio ciekawych rzeczy. Po godzinie klasa ruszyła na transmutację z profesor McGonagall. Uczyli się o tym, jak zostać animagiem, o procesach i wszystkim z tym związanym. To było nudne jak flaki z olejem. W końcu nastała przerwa obiadowa i szatynka mogła coś zjeść. Z przyjaciółmi usiadła przy stole ślizgonów i usłyszała Weasleya.
            -Ślizgońska szmata! – krzyknął wściekle w jej stronę. Na jego nieszczęście w pobliżu był Severus Snape.
            -Gryffindor traci dwadzieścia punktów za obrazę domu oraz uczennicy Slytherinu – powiedział szorstko przeszywając rudego gryfona podłym wzrokiem.
Ślizgonka uśmiechnęła się jadowicie i posłała gryfonowi wściekłe spojrzenie, po czym odwróciła się do przyjaciół i zaczęła pałaszować kotleta schabowego z ziemniakami.
                        Po przerwie obiadowej poszli na ostatnią lekcję tego dnia, a między innymi na zielarstwo. Profesor Sprout mówiła coś o czyrakobulwach czy coś w tym rodzaju. I tak wolała rozmawiać z przyjaciółmi.
            -Riddle! O czym przed chwilą mówiłam? – zapytała nagle nauczycielka, przeszywając ją pouczającym wzrokiem.
            -O czyrakobulwach, to jasne – odpowiedziała pewnie, uśmiechając się fałszywie.
            -Masz szczęście – fuknęła w jej stronę, po czym zaczęła opowiadać o jakiejś ropie która zawarta jest w roślinie.
                        W końcu nastąpił wyczekiwany dzwonek przez ślizgonów, którzy kończyli na dzisiaj lekcję. Szatynka szła jednym z korytarzy w stronę dziedzińca transmutacji, jednak nagle zatrzymała się i zbladła. Przyjaciele spojrzeli na nią, po czym wszystko stało się czarno białe, a Draco, Blaise i reszta zniknęli. Usłyszała coś za sobą. Chciała spojrzeć co się stało, a to co zobaczyła, sprawiło że niemal padła na ziemię.
            -Harry! Nie! Powiedz coś! HARRY! – krzyczał Ronald Weasley, potrząsając swoim przyjacielem który leżał na ziemi.
            -To koniec! Nic już mu nie zwróci życia! – krzyczała Hermiona Riddle, stojąca obok niej samej. Jedyną różnicą było to, że jest czarno biała – Nadeszła twoja kolej! Avada Kedavra! – krzyknęła ślizgonka, a z jej różdżki wystrzelił zielony promień, który ugodził rudzielca w skroń. Padł martwy obok swojego przyjaciela
            -Hermiona! Wszystko w porządku? – zapytała z troską Avada – Strasznie zbladłaś – stwierdziła.
            -Tak, to tylko… Nic. Chodźmy na błonia – odpowiedziała, chcąc uniknąć odpowiedzi na pytanie.
Właśnie była świadkiem śmierci Pottera i Weasleya. Co miała powiedzieć? Czy to jakaś wizja, czy może halucynacja? Nie wiedziała która opcja mogła okazać się prawdziwą. Była przerażona. Ale postanowiła się tym już nie zadręczać. Razem z przyjaciółmi usiedli przed ogromnym dębem na dziedzińcu.
            -Miona, powiesz nam w końcu o co chodzi? – zapytał stanowczym tonem Draco.
Szatynka skrzywiła się, a Avada i Jess spoglądały na nią błagalnym wzrokiem.
            -No dobrze. Ale nikomu o tym nie mówcie, dobra? – spytała, próbując się uspokoić.
            -Masz nasze słowo – powiedział stanowczo Blaise, posyłając przyjaciółce promienny uśmiech.
            -Nagle wszystko zrobiło się czarnobiałe, a wy zniknęliście – zaczęła spokojnie – Potem usłyszałam coś za sobą, więc obróciłam się w stronę czyjegoś głosu – kontynuowała – I spojrzałam Weasleya, płaczącego nad martwym ciałem Pottera i mnie, jak mówiłam coś w stylu że nic mu nie zwróci życia i że to kolej rudzielca. Mój klon wycelował w niego różdżką i strzelił Avadą. Oni obydwaj byli już martwy – mówiła drżącym głosem.

Mimo tego, że wyrzuciła to z siebie, nie mogła się uspokoić. Przyjaciele patrzyli na nią ze współczuciem. Nie wiedzieli jak to jest zobaczyć samą siebie zabijającą dwóch gryfonów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz