poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Rozdział 2

Hej! :) Jak obiecałem, rozdział będzie jeszcze w tym miesiącu :) Niestety krótki, gdyż nie miałem zbytnio czasu by go napisać... Wyjazdy, urodziny i załatwienia do szkoły. A teraz życzę miłego czytania :3
Rozdział 2
                        Była już dwunasta. Brązowowłosa właśnie wstała ze swojej kanapy i rozejrzała się po pokoju. Wszędzie był bałagan, a na stoliku stało pięć fiolek z jakimś różowym eliksirem i jakaś kartka papieru. Szatynka próbowała się podnieść z kanapy. Udało jej się, jednak upadła na podłogę. Ogromnie bolała ją głowa. Jedyne co pamiętała to… W sumie nic nie pamiętała. Pili bardzo dużo alkoholu. Po paru minutach wreszcie stanęła na nogach. Podeszła ostrożnie do stolika i spojrzała na kartkę papieru.
Zostawiam wam trochę eliksiru niwelującego skutki alkoholu. Kiedy zobaczyłem was w takim stanie to poszedłem do gabinetu i przyrządziłem trochę tego eliksiru. Jedna fiolka na jedną osobę.
Severus Snape
Dziewczyna zaśmiała się lekko. Wyobraziła sobie reakcje Mistrza Eliksirów na widok jego ślizgonów leżących na podłodze, łóżku i kanapie. Musiał być nieźle zaskoczony. Jednak nie chciała myśleć o reakcji wujka, bo głowa jej po prostu pękała. Wzięła fiolkę i ją odkorkowała, i wypiła na raz. Po chwili położyła się na kanapie i poczuła dziwne pulsowanie krwi w głowie. Eliksir powoli zaczynał działać. W przeciągu godziny zdążyli obudzić się już wszyscy przyjaciele i wypili eliksir. Po następnej godzinie byli już w drodze na boisko do quidditcha.
            -Hermiono, dzisiaj macie naznaczenie – odrzekła ze spokojem w tonie Avada – O północy macie stawić się w sali tortur – dodała, uśmiechając się do przyjaciół.
            -Nareszcie! Tyle czekałam na Mroczny Znak – odpowiedziała radośnie, odsyłając uśmiech.
Szatynka była szczęśliwa z powodu naznaczenia. Nie mogła się doczekać, kiedy będzie mogła dumnie reprezentować Czarnego Pana. Jednak wiedziała, żeby nie pokazywać Mrocznego Znaku tak po prostu. W końcu dotarli na boisko i podzielili się na drużyny. Dzisiaj było mniej osób, więc nie mieli pałkarzy i tylko jednego ścigającego. Drużyny były następujące: Hermiona-Avada-Jess i Draco-Nott-Blaise. Na nieszczęście Notta, Miona zgrabnie go wyminęła, nie dając mu szans na przejęcie kafla. Zrobiła swój opanowany trick na wykiwanie obrońcy i strzeliła pięknego gola. 10-0 dla dziewczyn. Blaise podał kafla do Notta, który już pędził ku obręczom dziewczyn. Miał już rzucić kafla, jednak panna Riddle przejęła kafla, dzięki szybkości jej nowej miotły. Pędziła w stronę Zabiniego, który był gotowy do obrony, a Nott miał tylko Nimbusa 2001, więc nie miał szans na dogonienie przyjaciółki, która wkrótce potem strzeliła kolejnego gola. Było już 20-0 dla drużyny Miony. Po chwili doszło jednak do ataku na dziewczyny. Nott rzucił kafla do lewej obręczy, jednak Jess zdążyła odbić kafla, który poleciał prosto do panny Riddle, która już leciała do obręczy chłopaków. Strzeliła kolejnego gola.
            Po dziesięciu godzinach, nadal nie było widać znicza. Na prowadzenie zaczęli wychodzić chłopacy, którzy mieli przewagę wyniku, a mianowicie 380-370. W końcu Avada spostrzegła znicza, który przelatywał między drzewami. Zaczęła lecieć w jego kierunku, a kiedy Draco zobaczył co robi jego przyjaciółka, natychmiast rzucił się w pogoń. Gdy czarnowłosa obróciła się za siebie i zobaczyła że blondyn leci w jej kierunku, postanowiła zablokować mu drogę, tracąc znicza z oczu. Jej „niecny” plan się powiódł i Malfoy skręcił gwałtownie w drzewo i spadł z miotły. Teraz pozostało tylko złapać znicza. Gdy obrońca chłopaków spojrzał na przyjaciela, Miona zdążyła strzelić kolejnego gola, a Avada mknęła już w stronę znicza, który zataczał pętle wokół obręczy chłopaków. Po paru minutach mała piłeczka była już w dłoni czarnowłosej. Dziewczyny wygrały 540-370. To był najwyższy wynik jaki udało im się uzyskać, a były z siebie dumne. W końcu nastała godzina naznaczenia. Przyjaciele przebrali się w szaty śmierciożerców i skierowali się do lochów. W środku stał cały wewnętrzny krąg i sam Czarny Pan, który wywołał najpierw córkę. Ta spokojnie podeszła do ojca i stanęła z kamiennym wyrazem twarzy.
            -Zanim otrzymasz Mroczny Znak, musisz zabić niewinną osobę – odrzekł, wpatrując się w oczy córki – Yaxley, Lestrange! Wprowadźcie więźniów! – krzyknął w stronę dwóch śmierciożerców, którzy po chwili wprowadzili czwórkę ludzi. Po jednym dla Jess, Miony, Notta i Blaise’a.
Przed szatynką związany był Remus Lupin. Bellatrix zdjęła z jego oczów opaskę, a kiedy ujrzał gdzie jest, zamarł.
            -Hermiona! Wszystko w porządku? – zapytał szybko, nie zważając na wzrok Voldemorta.
            -Czy wszystko w porządku? – powtórzyła ironicznie, uśmiechając się podle – U mnie dobrze, a u ciebie fatalnie. Pożegnaj się z życiem! – krzyknęła, nakierowując koniec różdżki w jego stronę.
            -Hermiono, co ty mówisz? – zapytał, nie wiedząc co powiedzieć – Od kiedy jesteś z NIMI?
Dziewczyna zignorowała jego pytanie i powiedziała głośno dwa, wszystkim znane słowa.
            -Avada Kedavra
Z jej różdżki wystrzelił zielony promień, który ugodził wilkołaka w twarz. Były nauczyciel obrony przed czarną magią leżał martwy na posadzce lochu. Podniosła lewą rękę w stronę ojca, który ukuł ją różdżką w przedramienie.
            -Czy przysięgasz mi wierność? Czy przyrzekasz, że nigdy mnie nie zdradzisz i będziesz głosić moją ideę?
            -Przysięgam.
W tym momencie poczuła ogromne pieczenie, jakby włożyła rękę w ogień. Nie chciała, żeby wszyscy zauważyli jej słabość, więc zacisnęła zęby żeby z jej ust nie wydobył się jęk bólu. Po chwili na jej lewym przedramieniu widniał Mroczny Znak. Tak samo wyglądało naznaczenie Blaise’a, Jess i Notta. Draco i Avada mieli już Mroczne Znaki, więc tylko stali wśród śmierciożerców.
                        Wakacje minęły bardzo szybko. Hermiona, Teodor, Draco, Jess, Blaise i Avada siedzieli już w jednym z przedziałów w pociągu, z którego cały czas było słychać wybuchy śmiechu. Tą świetną zabawę przerwał pewien rudzielec który stanął w drzwiach przedziału.
            -Hermiona! Nareszcie cię znalazłem! Gdzie ty byłaś? – spytał z troską, uśmiechając się, jakby dostał milion galeonów.
            -A co cię to interesuje? Won – rzuciła niemiło w stronę rudzielca, przeszywając go pogardliwym wzrokiem.
            -Co ty mówisz Miona? Chodź do nas, a nie siedzisz z tymi szumowinami. Oni są nic nie wartymi ślizgonami i ścierwami – mówił, obrażając prawdziwych przyjaciół.
Czarnowłosa dziewczyna, która nie otrzymała jeszcze przydziału do żadnego domu poderwała się z wściekłym spojrzeniem.
            -Słuchaj idioto, nie masz żadnego prawa obrażać naszych przyjaciół. Weasleyowie nie mają do tego praw – pocisnęła podle rudego gryfona.
            -Coś ty powiedziała?! – krzyknął wściekle, wyciągając przed siebie różdżkę, którą przystawił do gardła siostrze Miony.
Szatynka wstała i uderzyła rudego w twarz. Wyjęła różdżkę i użyła na nim klątwy niewerbalnej, którą poznała w dworze Malfoy’ów. Rudzielec rozejrzał się wokół siebie i podskoczył z krzykiem.
-PAJĄKI! ONE SĄ WSZĘDZIE! – krzyczał w niebogłosy, zaczynając uciekać gdzie pieprz rośnie. Wyglądał jakby zjadł kanapkę z peklowaną wołowiną.
W przedziale wybuchły salwy śmiechu. Widok Weasley’a uciekającego przed pająkami które tylko on widział był komiczny.
            -Czym go potraktowałaś? – spytała z rozbawieniem siostra Malfoya.
            -Klątwa Nawiedzenia. Jedna z średniowiecznych klątw. Sam Slytherin ją wymyślił – odpowiedziała, uśmiechając się dumnie ze swojego czynu.
Po tym wydarzeniu jakby nigdy nic zaczęli grać w eksplodującego durnia. Blaise był w tym mistrzem i z łatwością pokonał wszystkich. Potem objadali się różnymi smakołykami, aż w końcu dojechali do Hogwartu. Gdy wysiedli z pociągu, wsiedli do jednego z powozów, który pojechał w stronę zamku.  Byli podekscytowani nowym rokiem szkolnym. Jedynie Hermiona ubolewała nad tym, że jest wśród szlam i zdrajców krwi w Gryffindorze. Wolała być w Slytherinie jak jej przyjaciele i rodzice. Z jej myśli wyrwał ją głos Dracona.
            -Wszystko w porządku? Wyglądasz dziwnie? – zapytał, zadziwiony zachowaniem najlepszej przyjaciółki.
            -Tak, po prostu wolę być z wami w Slytherinie. A jestem wśród tych mieszańców, szlam i zdrajców krwi – odpowiedziała, wpatrując się w szare oczy Dracona.
Nie wiedział co odpowiedzieć. Niemożliwa jest przecież zmiana domu w połowie nauki. Wszyscy przyjaciele chcieli by Hermiona była z nimi w domu. Nagle powozy zatrzymały się. Wyszli z niego i skierowali się do zamku na ucztę. Dumbledore jak zwykle mówił że ciemne moce próbują wedrzeć się do zamku, zakazy dla pierwszorocznych, bla bla bla… Po tym nauczycielka transmutacji wniosła stołek i stary, zakurzony kapelusz znany jako tiara przydziału. Zaczęła się ceremonia.
                        Gdy Adrien Shepard trafił do Hufflepuffu, przemówił dyrektor, chcąc zacząć ucztę.
            -To już koniec w tegorocznej ceremonii przydziału. Wit-
            -Nie, Dumbledore. To nie koniec – odrzekła szorstko tiara.
Wszyscy spojrzeli na tiarę, jakby dowiedzieli się że Dumbledore jest kobietą. Tego jeszcze nigdy nie było.
            -Eee, co masz na myśli Tiaro? – zapytał dyrektor.
            -Pragnę przydzielić kogoś jeszcze. Ponownie.
W sali wybuchł gwar. Wszyscy niemal nie spadli z wrażenia. Tego naprawdę nigdy nie było. Dyrektor zarządził spokój, po czym wszyscy ucichli, wpatrując się w kapelusz.
            -Dobrze. Kogo chcesz przydzielić ponownie? – zapytał, zezwalając na ponowny przydział ucznia.
            -Pannę Granger – powiedział chłodno kapelusz, po czym na stołku usiadła siedemnastoletnia gryfonka.
Nałożyła tiarę na głowę i czekała na przydział, a w tym samym czasie uczniowie wpatrywali się w gryfonkę z osłupieniem. Tylko niektórzy ślizgoni uśmiechali się do niej. Krukoni i Puchoni mieli obojętne miny. Widocznie mieli gdzieś gdzie trafi gryfonka.
            -Zmieniłaś się. Idealnie pasujesz do Slytherinu – odrzekł kapelusz.
            -Bogu dzięki. Nie chcę być dalej wśród tych oferm – odpowiedziała z nadzieją.
            -Ale możesz także trafić do Ravenclawu. Twoja inteligencja i bystrość przewyższa niektóre cechy – powiedział szorstko kapelusz.
            -Zdecyduj się stary kapelutku! – krzyknęła bezczelnie do tiary.
            -Nie pozostawiasz mi wyboru
            -SLYTHERIN! – krzyknęła na cały głos tiara przydziału. Uczniowie domu węża wstali i zaczęli klaskać, natomiast gryfoni byli wściekli i zawiedzeni. A rudy Weasley najbardziej.
Szatynka z uśmiechem na twarzy usiadła przy stole ślizgonów między Draconem a Avadą. Nareszcie może być w jednym domu z prawdziwymi przyjaciółmi.
Gdy dyrektor klasnął w dłonie, na stołach pojawiły się przeróżne dania, na które łapczywie rzucili się wszyscy uczniowie. Jedynie Gryfoni byli nieswoi i nie mieli zbytnio ochoty na jedzenie. Ale za to ślizgoni ucztowali jak królowie.
            Po uczcie Hermiona z innymi ślizgonami skierowali się do pokoju wspólnego, który znajdował się w lochach. Gdy znaleźli się w środku, brązowowłosa poczuła, że tu jest jej miejsce. Od zawsze powinna tu być. Skierowała się z przyjaciółkami do swojego dormitorium, w którym były już Pansy Parkinson i Milicenta Bulstrode. Gdy drzwi się otworzyły, dziewczyny spojrzały nagle w ich kierunku.
            -No, widzę że Granger została ślizgonką na starość – zażartowała Pansy, śmiejąc się obojętnie.
            -Dla ciebie Pani Riddle, Parkinson – odpowiedziała chłodno w stronę ślizgonki o twarzy mopsa.
Czarnowłosa spojrzała na nią tajemniczo, po czym podeszła do niej i skierowała wzrok na lewą rękę dziewczyny.
            -Udowodnij. Pokaż TO, bo ci nie wierzę że jesteś JEGO córką – odrzekła szorstko.
Szatynka wiedziała, że Parkinson miała ambicję na śmierciożerczynię, więc nie obawiała się by pokazać jej Mroczny Znak. Podwinęła lewy rękaw a mopsica ujrzała słynny znak śmierciożerców. Spojrzała na nową ślizgonkę z podziwem.
            -No proszę… Jednak to prawda – mruknęła drżącym głosem.
            -Śmiesz we mnie wątpić Parkinson? – zapytała niemiło, przeszywając dziewczynę morderczym wzrokiem.
Czarnowłosa nie odpowiedziała, tylko przebrała się i poszła spać. W jej ślady poszły także inne dziewczyny znajdujące się w dormitorium. Już jutro pierwszy dzień zajęć. Pierwsze były podwójne eliksiry ze Snapem. Większość uczniów nienawidziła tego przedmiotu i również nauczyciela. Jednak ślizgoni byli wyjątkami.
                        Rano szatynka obudziła się około dziewiątej. Zaklęła, gdy spostrzegła która godzina. Ubrała się w szkolne szaty i bez śniadania pobiegła do klasy eliksirów. Właśnie minęła nauczyciela, który szedł w stronę uczniów czekających pod salą. Zdążyła.
            -Dzisiaj trochę o antidotach. Musicie je znać, jeśli warzycie jakiekolwiek eliksiry. Możecie także wepchnąć bezoar do gardła poszkodowanej osoby. Dzisiaj przygotujecie antidotum na Popularne Trucizny. Strona czterdziesta pierwsza – odrzekł chłodno profesor.
Wszyscy wzięli się do pracy. To akurat był banalny eliksir. Hermiona wiedziała jak go uwarzyć. Rozdrobniła dwa bezoary na proszek, dodała cztery miarki do kociołka i dwie miarki składnika standardowego, po czym zaczęła podgrzewać na średnim ogniu. Po machnięciu różdżką musiała zostawić eliksir na trzydzieści minut.
                        Po minionym czasie dodała sproszkowany róg jednorożca, pomieszała dwa razy zgodnie z ruchem wskazówek zegara, dodała dwie jagody z jemioły i zamieszała w kierunku przeciwnym, po czym machnęła różdżką nad kociołkiem i wlała eliksir do fiolki. Skończyła dwadzieścia minut przed czasem. Gdy oddała fiolkę profesorowi ten spojrzał na nią.
            -Wybitny – mruknął obojętnie – A ci którzy skończyli, przygotują antidotum na niepopularne trucizny. Strona czterdziesta czwarta – dodał chłodno.
                        Po kolejnej godzinie eliksirów uczniowie skierowali się do klasy obrony przed czarną magią. To stanowisko objął już prawdziwy Alastor Moody. Nie uczyli się zbytnio ciekawych rzeczy. Po godzinie klasa ruszyła na transmutację z profesor McGonagall. Uczyli się o tym, jak zostać animagiem, o procesach i wszystkim z tym związanym. To było nudne jak flaki z olejem. W końcu nastała przerwa obiadowa i szatynka mogła coś zjeść. Z przyjaciółmi usiadła przy stole ślizgonów i usłyszała Weasleya.
            -Ślizgońska szmata! – krzyknął wściekle w jej stronę. Na jego nieszczęście w pobliżu był Severus Snape.
            -Gryffindor traci dwadzieścia punktów za obrazę domu oraz uczennicy Slytherinu – powiedział szorstko przeszywając rudego gryfona podłym wzrokiem.
Ślizgonka uśmiechnęła się jadowicie i posłała gryfonowi wściekłe spojrzenie, po czym odwróciła się do przyjaciół i zaczęła pałaszować kotleta schabowego z ziemniakami.
                        Po przerwie obiadowej poszli na ostatnią lekcję tego dnia, a między innymi na zielarstwo. Profesor Sprout mówiła coś o czyrakobulwach czy coś w tym rodzaju. I tak wolała rozmawiać z przyjaciółmi.
            -Riddle! O czym przed chwilą mówiłam? – zapytała nagle nauczycielka, przeszywając ją pouczającym wzrokiem.
            -O czyrakobulwach, to jasne – odpowiedziała pewnie, uśmiechając się fałszywie.
            -Masz szczęście – fuknęła w jej stronę, po czym zaczęła opowiadać o jakiejś ropie która zawarta jest w roślinie.
                        W końcu nastąpił wyczekiwany dzwonek przez ślizgonów, którzy kończyli na dzisiaj lekcję. Szatynka szła jednym z korytarzy w stronę dziedzińca transmutacji, jednak nagle zatrzymała się i zbladła. Przyjaciele spojrzeli na nią, po czym wszystko stało się czarno białe, a Draco, Blaise i reszta zniknęli. Usłyszała coś za sobą. Chciała spojrzeć co się stało, a to co zobaczyła, sprawiło że niemal padła na ziemię.
            -Harry! Nie! Powiedz coś! HARRY! – krzyczał Ronald Weasley, potrząsając swoim przyjacielem który leżał na ziemi.
            -To koniec! Nic już mu nie zwróci życia! – krzyczała Hermiona Riddle, stojąca obok niej samej. Jedyną różnicą było to, że jest czarno biała – Nadeszła twoja kolej! Avada Kedavra! – krzyknęła ślizgonka, a z jej różdżki wystrzelił zielony promień, który ugodził rudzielca w skroń. Padł martwy obok swojego przyjaciela
            -Hermiona! Wszystko w porządku? – zapytała z troską Avada – Strasznie zbladłaś – stwierdziła.
            -Tak, to tylko… Nic. Chodźmy na błonia – odpowiedziała, chcąc uniknąć odpowiedzi na pytanie.
Właśnie była świadkiem śmierci Pottera i Weasleya. Co miała powiedzieć? Czy to jakaś wizja, czy może halucynacja? Nie wiedziała która opcja mogła okazać się prawdziwą. Była przerażona. Ale postanowiła się tym już nie zadręczać. Razem z przyjaciółmi usiedli przed ogromnym dębem na dziedzińcu.
            -Miona, powiesz nam w końcu o co chodzi? – zapytał stanowczym tonem Draco.
Szatynka skrzywiła się, a Avada i Jess spoglądały na nią błagalnym wzrokiem.
            -No dobrze. Ale nikomu o tym nie mówcie, dobra? – spytała, próbując się uspokoić.
            -Masz nasze słowo – powiedział stanowczo Blaise, posyłając przyjaciółce promienny uśmiech.
            -Nagle wszystko zrobiło się czarnobiałe, a wy zniknęliście – zaczęła spokojnie – Potem usłyszałam coś za sobą, więc obróciłam się w stronę czyjegoś głosu – kontynuowała – I spojrzałam Weasleya, płaczącego nad martwym ciałem Pottera i mnie, jak mówiłam coś w stylu że nic mu nie zwróci życia i że to kolej rudzielca. Mój klon wycelował w niego różdżką i strzelił Avadą. Oni obydwaj byli już martwy – mówiła drżącym głosem.

Mimo tego, że wyrzuciła to z siebie, nie mogła się uspokoić. Przyjaciele patrzyli na nią ze współczuciem. Nie wiedzieli jak to jest zobaczyć samą siebie zabijającą dwóch gryfonów.

czwartek, 18 sierpnia 2016

Rozdział 1

Hej! :) Napisałem już pierwszy rozdział, więc postanowiłem bez żadnego owijania w bawełnę od razu go wstawić :) Miłego czytania :3
Rozdział 1
                        Ostatnie dni roku szkolnego mijały bardzo szybko. Dowiedziała się także, że Snape jest jej wujkiem, a Liliane, siostra Mistrza Eliksirów jest jej matką. Była szczęśliwa, że może zacząć nowe życie. Dzisiaj wieczorem miała pójść do gabinetu Severusa by wypić antidotum na Eliksir Mutavultusa. Nie wiedziała jeszcze, co to za eliksir, ale zamierzała o to zapytać wujka. Po chwili usłyszała skrzypienie drzwi. Spojrzała na nie i zobaczyła w nich Ginny.
            -Cześć – rzuciła krótko w stronę przyjaciółki.
            -Hej Ginny, coś się stało? – zapytała, widząc łzy, które spływały po jej czerwonych jak ogień policzkach.
            -Nie, nic. Wszystko jest w porządku – skłamała łatwo.
Szatynka spojrzała na nią, po czym wstała z łóżka i stanęła przed nią twarzą w twarz.
            -Gin, przecież cię znam. Nie musisz mnie okłamywać – odrzekła ze współczuciem.
            -No dobra, to przez takiego Notta. Zakochałam się w nim, ale on jest w Slytherinie! Jak rodzice się o tym dowiedzą to mnie zabiją! – krzyknęła ze łzami w oczach.
            -Czasem miłość jest ważniejsza od rodziny. Uwierz mi Ginny – pocieszała przyjaciółkę.
            -Może masz rację. Tak, zaraz do niego pójdę – powiedziała, ocierając oczy z łez – Dzięki Miona – dodała, posyłając jej promienny uśmiech.
Brązowowłosa odesłała jej uśmiech i odprowadziła ją wzrokiem do drzwi. Kiedy rudowłosa wyszła, wzięła kolejną książkę o czarnej magii, którą pożyczyła od Severusa. Uwielbiała je czytać. Zawsze kiedy zaczęła, nie mogła oderwać się od lektury. Od Toma dostała Dziennik Salazara Slytherina, napisanego przez jego własną osobę. Opisywał on wiele przeżyć z życia Salazara, stare klątwy i wiele ciekawych porad i technik.
                        Nastał już wieczór. Jutro rano będzie już siedzieć w ekspresie Hogwart-Londyn. Jednak teraz musiała iść do Mistrza Eliksirów. Wyszła z pokoju wspólnego i skierowała się w stronę lochów. Minęła salę eliksirów, po czym zaskoczył ją pewien ślizgon o blond włosach.
            -Kogo my tu mamy? Co tu robisz Granger? – spytał Draco, uśmiechając się złośliwie.
            -Cześć Draco. Idę do profesora Snape’a. Nie sądzę żeby cię to interesowało – odpowiedziała, posyłając mu uśmiech.
            -Od kiedy jesteśmy na ty, głupia szlamo? – zapytał podle, podchodząc do gryfonka.
Dziewczyna wyciągnęła różdżkę, popchnęła Malfoy’a na ścianę i przyłożyła mu różdżkę do gardła.
            -Jak śmiesz zwracać się do mnie w ten sposób? – krzyknęła wściekle, rzucając nim o posadzkę – A teraz z drogi! – dodała, po czym poszła w kierunku gabinetu Snape’a.
W końcu dotarła do celu swojej wędrówki po zamku. Zapukała, a po usłyszeniu chłodnego „wejść”, przeszła przez drzwi i podeszła do biurka profesora.
-Hermiono, już jesteś – powiedział stanowczo, po czym wyciągnął z szuflady eliksir koloru fioletowego.
-Wujku, a co to za ten Eliksir Mutavultusa? – zapytała, nawet nie próbując ukryć ciekawości.
-To eliksir zmiany osobowości. Niektórzy stosują go do zmiany swojej lub czyjejś osobowości – odpowiedział, wlewając eliksir do fiolki – Proszę, musisz to wypić – dodał krótko.
Dziewczyna nie kwestionowała polecenia Mistrza Eliksirów, więc natychmiast wypiła eliksir. Poczuła lekki ból i zawroty głowy. Po krótkiej chwili czuła się normalnie, a nawet lepiej. Hermiona wróciła do dormitorium i położyła się spać.
            Następnego dnia została obudzona przez jakąś gryfonkę z jej rocznika. Dziewczyna ze złością poderwała się z łóżka i zaczęła wrzeszczeć na szesnastolatkę.
-Odwal się szlamo!
Blondwłosa gryfonka rozpłakała się i pobiegła do łazienki, a Hermiona zorientowała się, która godzina.
            -Cholera! – krzyknęła, po czym zaczęła się w panice ubierać.
Po kilku minutach wybiegła z dormitorium, a w pokoju wspólnym spotkała swoich „przyjaciół”.
            -No nareszcie, gdzie byłaś? – spytał miło Potter.
Dziewczyna zignorowała go i zaczęła biec w stronę stacji. Usiadła w przedziale z Severusem. Rozmawiali zacięcie o sprawach śmierciożerców, o przeszłości i o wszystkim. Po paru godzinach byli już na stacji King’s Cross. Podeszli razem do Malfoy’ów i wsiedli do ich samochodu.
            -Znowu ty, szlamo? – krzyknął podle młody Malfoy.
            -Uspokój się synu. Nie możesz się do niej tak odzywać – pouczał go Lucjusz.
            -Nic się nie stało. Niedługo się dowie – odpowiedziała miło brązowowłosa.
Draco nie wiedział, dlaczego jego rodzice i profesor są mili dla szlamy gryfonki. Zawsze wpajali mu by tępił szlamy, nie podchodził do nich a co gorsza nie rozmawiał. A sami co robią?
            Po godzinie byli już za Londynem przed piękną posiadłością z ogromnymi ogrodami na tyłach. Szatynka nie mogła uwierzyć w to, co widzi. Nigdy nie widziała tak pięknej posiadłości. Do drzwi z jej strony podszedł Lucjusz, otworzył je i pozwolił wyjść. Podoba jej się, że jest tak traktowana. W końcu wszyscy skierowali się do salonu, w którym na kanapie siedział Tom i Liliane. W chwili, gdy drzwi zaskrzypiały, małżeństwo spojrzało w ich stronę.
            -Hermiona! – krzyknęła z uradowaniem kobieta o kasztanowych włosach, po czym przytuliła mocno córkę.
            -Cześć mamo, hej tato – powiedziała, uśmiechając się szeroko.
Draco dalej był zszokowany. Czyli ona nie była nigdy szlamą? To co ona robi w Gryffindorze? Poza tym coraz bardziej mu się podoba. Może będzie coś z tego więcej? Z nadmiaru wrażeń zaczęło mu się kręcić w głowie, jednak nie dawał tego po sobie poznać. Po chwili do pokoju weszła piękna, blondwłosa dziewczyna o szarych oczach.
            -Hej wszystkim! – krzyknęła, uśmiechając się szeroko – Jessica Malfoy, miło mi poznać – zwróciła się do Hermiony wyciągając rękę.
            -Hermiona Riddle – odrzekła, również wyciągając rękę.
Po godzinie do posiadłości przybyli również przyjaciele Dracona i Jess – Teodor Nott, Blaise Zabini i siostra Hermiony – Avada. Okazało się, że oni wszyscy są lepszymi przyjaciółmi niż Potter i Weasley. Czuła się przy nich swobodnie, wiedziała, że im mogła powierzyć nawet własne życie. Jutro mieli wiele planów. Na przykład zwiedzanie posiadłości, gra w quidditcha i wiele więcej. Draco jednak znał ten budynek bardzo dobrze, gdyż był to jego własny dom. Hermiona skierowała się do swojego pokoju. Gdy otworzyła drzwi, doznała pozytywnego szoku. Ten pokój był obłędny! Ogromne, czarne łóżko, wielka półka z wieloma ciekawymi książkami, których szatynka dotąd nie znała, własna łazienka i ogromna szafa. Ściany pokoju były pomalowane na czerń i zieleń, a pokój był oświetlany przez światło księżyca wpadające przez dwa duże okna. Gryfonka przebrała się w pidżamę i położyła się w wygodnym, ciepłym łóżku. Po kilku minutach zapadła w objęcia Morfeusza.
                        Była już dwunasta, a brązowowłosa jeszcze spała. Do pokoju po cichu weszła czarnowłosa dziewczyna oraz pewna blondynka. Obie podeszły do śpiącej Hermiony, spojrzały na siebie jednoznacznym wzrokiem i uśmiechnęły się złośliwie.
-MIONA WSTAWAJ! – krzyknęły jednocześnie, a szatynka nagle poderwała się i zaczęła się rozglądać.
Nikt jej jeszcze nie obudził w tak brutalny sposób. Była zła jak osa, ale musiała wstać, bo nie dałyby jej spokoju.
            -Co jest? – spytała, zmuszając się na miły ton.
Dziewczyny roześmiały się.
            -No jak to co? Już dwunasta, a wszyscy na ciebie czekamy – mruknęła Avada.
            -Co?! – rzuciła krótko, po czym pobiegła do łazienki, a dziewczyny były rozbawione jej nagłym pobudzeniem.
Jessica jednym prostym gestem pokazała, żeby już wychodziły. Zielonooka przytaknęła, po czym razem wyszły z pokoju córki Czarnego Pana, pozwalając jej w spokoju się ogarnąć.
                        Po kilku minutach gryfonka wyszła z pokoju i od razu zobaczyła wszystkich przyjaciół.
            -No nareszcie, idziemy grać w quidditcha – odrzekł stanowczo Nott.
Wszyscy ruszyli do ogrodu Malfoy’ów, a nawet trochę dalej. Wyszli tylnym wyjściem w stronę lasu. W końcu zobaczyli profesjonalne boisko do quidditcha które wybudowali Malfoy’owie. Podzielili się na następujące drużyny: Draco-Hermiona-Jessica Nott-Blaise-Avada. Szanse były dość wyrównane, bo ani Hermiona, ani Avada nie umiały zbyt dobrze grać w quidditcha. Jednak kiedy szatynka poderwała się do góry, okazało się że jest to całkiem przyjemne, oraz że jest świetną ścigającą. Latali tak dobre dwie godziny, ale w końcu Draco złapał zaczarowaną przez Hermionę piłkę do tenisa, która udawała znicza. Drużyna Malfoy’a wygrała mecz 180-20.
                        Po wygranej poszli w głąb lasu w celu towarzyskiego pojedynku. Drużyny były trochę inne niż w quidditchu. Hermiona-Jessica-Avada i Nott-Blaise-Draco. Na nieszczęście tych drugich, dziewczyny znały trochę więcej zaklęć. Na sygnał, zaczęli ciskać w siebie urokami. Promienie zaklęć latały po niebie. Nastolatki szybko strzelały czarami, ale za to chłopacy szybko ich unikały. Znowu wyrównane szanse.
            Po kwadransie Hermiona wpadła na pewien pomysł. Postanowiła wykorzystać pewne zaklęcie, którego nauczyła się z książki czarnomagicznej.
-Vertigine – mruknęła cicho, a z jej różdżki wystrzelił ciemnozielony promień, który ugodził Notta w twarz.
Nastolatkowi zaczęło kręcić się w głowie. Po krótkim momencie upadł na trawę, nie móc wstać przez mocne zawroty głowy. To było świetnie zaklęcie.
Draco spojrzał ze współczuciem na przyjaciela, po czym mruknął jakąś formułę, celując w siostrę. Gdy promień jego zaklęcia ugodził ją w brzuch, ta zrobiła fikołka, po czym nie mogła już wstać. Zostali tylko Blaise i Draco przeciwko Avadzie i Hermionie. Na nieszczęście chłopaków, obydwoje dostali zaklęciem oszałamiającym w twarz. I dziewczyny wygrały. Hermiona podeszła do każdego z chłopaków i mruknęła przy każdym z nim formułę „Reduceconscie”. Otworzyli oczy i mogli już normalnie funkcjonować. Pogratulowali dziewczynom zwycięstwa i postanowili wrócić do posiadłości. Gdy przekroczyli bramę w ogrodzie, spotkali Narcyzę, która czytała jakąś książkę. Przywitali się z nią i weszli do budynku. Skoro był już wieczór, wszyscy poszli do pokoju Hermiony. Postanowili nadać sobie jakieś ksywy. Hermiona to Czarna, Draco to Smok, Blaise to Diabeł, Nott to Wąż, Jessica to Podła – ze względu na podłość i złośliwość wobec wrogów, a Avada to Kedavra – wybrała to ze względu na zaklęcie uśmiercające, które uwielbia. Potem postanowili pograć w prawdę czy wyzwanie. Najpierw wypadło na Hermionę. Wybrała wyzwanie.
            -To może taki Cruciatus na Bellatrix? – zaproponował złośliwie Blaise, wiedząc, że nie wykona wyzwania.
            -Nie ma problemu, to będzie niezłe – odrzekła, uśmiechając się podle na samą myśl o reakcji śmierciożerczyni.
Wszyscy wyszli z pokoju Hermiony i podeszli do ukrytego pomieszczenia, w którym Bella pracowała. Nie zauważyła ich, ponieważ wcześniej użyli na sobie zaklęcia kameleona. Kobieta przygotowywała jakiś eliksir. Hermiona wyciągnęła różdżkę i wycelowała w nią, po czym wypowiedziała w myślach „Crucio”. Czerwony promień ugodził czarownicę, która zaczęła krzyczeć i wić się po podłodze. Po upływie pięciu sekund gryfonka przerwała zaklęcie i szybko uciekła do swojego pokoju. Przyjaciele śmiali się w najlepsze. Dopiero po kwadransie udało im się uspokoić.
            -To było dobre – odrzekł z rozbawieniem w tonie Draco, uśmiechając się do przyjaciółki.
Teraz Hermiona kręciła butelką. Wypadło na Notta. Wybrał pytanie. Wiedział do czego zdolni są jego przyjaciele, więc nie było bezpieczne dla niego wybierać wyzwanie.
            -Co sądzisz o Wieprzleju? – zapytała Hermiona, wpatrując się w niebieskie tęczówki przyjaciela.
            -Głupie pytanie. Wieprzej jest tylko nic nie wartą szumuwiną, zdrajca krwi i głupim gryfonem. On i Potter powinni założyć razem fanklub starego dyrektora – mówił rozbawionym tonem przy ostatnim zdaniu.
Grali tak kilka godzin. Nastała już dwudziesta trzecia, więc wszyscy rozeszli się do swoich pokoi, a Hermiona poszła spać. Była podekscytowana, swoimi urodzinami, które miały być już za dwa dni. Ciekawa była, jaką niespodziankę przygotuje jej ojciec. W końcu usnęła. Była zbyt zmęczona by dalej rozmyślać.
            Następnego ranka obudziła się dość wcześnie, gdyż rzadko co wstawała o ósmej rano. Jako iż Draco, Jess i Avada spali, postanowiła udać się do biblioteki i poćwiczyć jakieś klątwy, choć znała ich mnóstwo, jednak nie wszystkie. Znalazła jakąś dziwną książkę – „Początki Czarnej Magii”. Tytuł ją zaintrygował, więc bez zbędnego owijania w bawełnę otworzyła książkę i zagłębiła się w lekturze.
„Klątwa Nawiedzenia – jedna ze starych klątw, uznawana za najgorszą, którą można było być potraktowanym. Po jej użyciu, ofiara zostaje nawiedzana przez swoje najgorsze koszmary, a widzi je jakby były realistyczne. Klątwa niewerbalna.”.
To ją nieźle zaciekawiło. Zaśmiała się na widok Wieprzleja uciekającego przed niewidzialnymi pająkami. To by była komedia. Pod opisem był umieszczony rysunek instruktażowy, jak trzeba machnąć różdżką. Zaczęła to ćwiczyć z udanym efektem. Chwilę potem z jej różdżki wystrzelił pomarańczowy promień i uderzył w podłogę. Przynajmniej gdyby ten głupi rudzielec ją zdenerwował, miała czym go potraktować. Wróciła do czytania.
            Nagle drzwi do biblioteki otworzyły się powoli, a z ich strony słychać było jakieś głosy.
            -Gdzie ona się podziała? – zapytała z zaniepokojeniem Jessica, patrząc na Avadę i Dracona.
            -Nie mam pojęcia. Szukaliśmy jej już chyba w całym domu – odrzekła z zaniepokojeniem czarnowłosa.
Na usta córki Voldemorta wpełzł uśmiech, lecz tylko na moment. Cieszyła się, że jej przyjaciele się o nią martwią.
            -Tu jesteś! – krzyknęły uradowane dziewczyny, rzucając się na przyjaciółkę.
            -Hej, jeszcze mnie udusicie! – odrzekła z ogromnym rozbawieniem w swoim tonie.
Na ten sygnał, przyjaciółki puściły Hermionę z objęć. Uśmiechały się do niej szeroko, szczęśliwe że w końcu udało im się ją znaleźć.
            -Która godzina? – zapytała panna Riddle, chcąc wiedzieć ile czytała. Kiedy wchodziła w świat książek, zawsze traciła poczucie czasu.
            -Już druga – odrzekł krótko Draco, patrząc na zegarek.
Dziewczyna uniosła brwi ze zdziwienia. Nie wiedziała że aż tak długo czytała. Postanowiła zejść z przyjaciółmi na obiad. Skrzat Domowy podał pieczone udka w sosie własnym z ziemniakami. Gdy się najedli, poszli pograć w quidditcha. To było ich ulubione zajęcie, zaraz po rozmawianiu ze sobą. Jednak mecz był wiele ciekawszy niż wczoraj, bo Draco i Blaise zaprosili więcej przyjaciół. Składy były dosyć interesujące: Draco-Hermiona-Avada-Nott-Jessica-Zabini-Avery i Lestrange-Greengrass-Greengrass-McJohnson-Black-Sky-Mars. Było ciężko strzelać gole, gdyż obie drużyny miały świetnych obrońców. W końcu piłka do koszykówki, która udawała kafel wpadła w ręce panny Riddle. Gdy wprost na nią leciały siostry Greengrass, ta zwinnie kafel do Marco Avery’ego, który zdążył wyminąć ścigających przeciwnej drużyny, podał z powrotem do Miony, która wykiwała obrońcę i ostatecznie strzeliła gola. Sky podał magiczną piłkę do Johnsona, który leciał w stronę obręczy, jednak Nott zgrabnie przejął kafla od nastolatka, po czym podał go Avery’ego, który był blisko obręczy przeciwników i strzelił gola. 20-0 dla drużyny Draco.
                        Grali już sześć godzin, a znicza dalej brak. W końcu blondyn zobaczył jakiś błysk między drzewami. Wystrzelił jak z armaty w stronę piłki do tenisa. Nie minęła nawet chwila, a obok niego znalazł się szukający drużyny przeciwnej – Shadow Mars. Obaj lecieli łeb w łeb, ale Avada odbiła tłuczka w stronę Marsa. Na szczęście chybiła, ale jednak chłopak zbytnio się wystraszył i zeskoczył z miotły. Fart że byli blisko ziemi, więc nic mu się nie stało, a Draco złapał znicza. Wygrali 130-100. Byli z siebie dumni. Wszyscy zlecieli na ziemię i wrócili do domu, a przyjaciele Dracona wrócili do swoich domów. Hermionie coraz lepiej szło latanie na miotle i gra w quidditcha, z czego była dumna. Podekscytowana była jutrzejszym dniem, gdyż miały być jutro jej urodziny. Było jeszcze wcześnie, ale była zbyt zmęczona żeby cokolwiek jeszcze robić, więc przebrała się w pidżamę i położyła się spać. Nadzwyczajnie szybko dziś zapadła w sen. Musiała przyznać, że zaczyna rozumieć chłopaków i ich uwielbienie do quidditcha.
                        Była równa siódma. Do pokoju nastolatki weszli Tom i Liliane. Obudzili spokojnie córkę, która od razu wstała.
            -Coś się stało tato? – spytała rozespanym głosem, ziewając krótko po zadaniu pytania.
            -Wszystkiego najlepszego córeczko! – krzyknęła radośnie kobieta, po czym przytuliła mocno swoją pierworodną.
Zalecili Hermionie się ubrać, a potem zejść do salonu. Szatynka była bardzo szczęśliwa, że pamiętali o jej urodzinach. W końcu skierowała się do salonu, w którym stali jej rodzice. Czarny Pan chwycił żonę i córkę za ręce, po czym okręcili się wokół własnej osi i zniknęli z charakterystycznym dla teleportacji trzasku. Znaleźli się nad pięknym, krystalicznie czystym morzem. Nastolatka spojrzała pytająco na rodziców.
            -Gdzie jesteśmy? – zapytała z nieukrywaną ciekawością. Wiedziała jedynie że są na jakiejś plaży.
            -Jak to gdzie? W Grecji! – odpowiedziała na pytanie córki, posyłając jej promienny uśmiech.
Gryfonka zasłoniła usta rękami z niedowierzenia. Od zawsze marzyła o odwiedzeniu Grecji, a teraz po prostu jej marzenie się spełniło. Wszystko to dzięki temu dniu, w którym znalazła szafkę zniknięć w Pokoju Życzeń. Gdy Hermiona wraz z mamą wylegiwały się na plaży, Tom postanowił przeciągnąć na swoją stronę kilku pracowników greckiego ministerstwa magii. Niestety gdy tylko o tym usłyszeli, chcieli pójść do ich ministra, jednak na ich nieszczęście zostali potraktowani pewnym zielonym promieniem. Riddle postanowił wrócić do rodziny, która opalała się na plaży.
            -Jak ci się podoba, kochanie? – zapytała Liliane, uśmiechając się miło w stronę córki.
            -Jest świetnie! Od zawsze marzyłam o odwiedzeniu Grecji! – odrzekła z uradowaniem.
                        Cały dzień minął tak szybko, że Hermionie było szkoda rozstawać się z tym miejscem. Razem z rodzicami musiała jednak wracać do kraju. Gdy byli już w salonie w dworze Malfoy’ów, usłyszała głośne krzyki.
            -WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!

Byli to jej przyjaciele, którzy czekali na jej powrót. Szatynka niemal nie upadła z wrażenia. To właśnie są prawdziwi przyjaciele, a nie jacyś gryfońscy zdrajcy krwi. Hermiona dostała wiele prezentów – od Malfoy’ów najnowszą miotłę do quidditcha „Piorun”, od Blaise i Notta książkę „Zapomniane Eliksiry XI wieku”, a od rodziców i Avady piękną, ciemnozieloną suknię. Była w siódmym niebie. Skoro było jeszcze wcześnie, postanowiła przetestować nową miotłę. Pobiegła w stronę boiska i wsiadła na miotłę. Oderwała się od ziemi i SZOK! Miotła była tak szybka, że wszystko wokół niej było rozmazane, jakby była pod wodą. Dzięki tej miotle będzie mogła świetnie grać w quidditcha. Latanie tak ją wciągnęło, że dopiero teraz zorientowała się że jest już północ. Wróciła do posiadłości i skierowała się do swojego pokoju. Tam czekali na nią Draco, Avada, Blaise i Nott. Ten ostatni trzymał w ręce dwie butelki Ognistej Whisky i wyglądał na równie szczęśliwego jak Hermiona. Chyba znalazł okazję żeby się napić. Szatynka włączyła muzykę i zaczęli prywatną imprezę. Pili, tańczyli, bawili się, rozmawiali i jeszcze więcej pili. Impreza skończyli się gdzieś nad ranem. Muzyka już nie grała, a wszyscy leżeli pogrążeni w śnie. Czy to na łóżku, czy na podłodze, cały czas spali.



No i koniec :) Mam nadzieję że wam się spodobało ;) Opis pobytu Hermiony z rodzicami opisałem krótko, ponieważ nie wiedziałem jak dokładnie opisać. Następny rozdział prawdopodobnie ukaże się w tym miesiącu :)

wtorek, 16 sierpnia 2016

Prolog

Hej! Witajcie na moim drugim blogu :) Wyjaśnienia dlaczego porzuciłem tamten i zacząłem nowy, są na poprzednim blogu. A oto przed Wami prolog do nowego fanfiction - Losy Hermiony Riddle. Miłego czytania :3
Prolog
                        Był to jeden z ostatnich dni szkolnych w Hogwarcie.  Większość nauczycieli dawało już ulgę uczniom, jednak Severus Snape dalej traktował uczniów jak przez cały rok szkolny. Właśnie trwała lekcja eliksirów. Mistrz Eliksirów kazał uczniom przygotować Wywar Żywej Śmierci. Kilka minut przed czasem brązowowłosa gryfonka podeszła do biurka profesora z fiolką napełnioną eliksirem. Snape spojrzał na fiolkę, powąchał eliksir i przeniósł wzrok na szatynkę.
            -Wybitny – mruknął ponuro.
Dziewczyna uśmiechnęła się dumnie, wróciła do ławki i wyciągnęła z torby książkę o czarnej magii. Żeby nikt się nie zorientował, zamieniła okładkę na jakąś „normalną”. Od jakiegoś czasu zaczęła ją pociągać czarna magia. Uwielbiała zagłębiać jej tajniki, teorie i wszelakie klątwy. Dziwiło jej tajemnicze spojrzenie Mistrza Eliksirów skierowane do niej. Postanowiła jednak go zignorować.
                        Po kilku minutach klasa oddała fiolki, po czym zabrali torby i wyszli z klasy. Hermiona miała zrobić to samo, jednak czarnowłosy zatrzymał ją na chwilę.
-Co się stało profesorze? – spytała z nieukrywaną ciekawością.
            -A od kiedy to interesujesz się czarną magią, co? – zapytał, uśmiechając się złośliwie.
To ją całkiem zmroziło. Skąd on wiedział o tym, że pociąga ją czarna magia? Przecież okładka była zmieniona.
            -Skąd pan wie? – zapytała, myśląc tylko o odpowiedzi.
Snape zaśmiał się lekko, po czym podszedł do dziewczyny i wyjął jej książkę z torby, wycelował w nią różdżką i mruknął „Finite Incantate”, a książka ujawniła swoją prawdziwą okładkę.
            -Sprytnie ukryta okładka, Granger – odrzekł, posyłając jej tajemnicze spojrzenie, po czym oddał jej książkę ukrywając ponownie okładkę – Możesz już wyjść – dodał, wskazując jej wyjście.
Szatynka opuściła salę eliksirów, zastanawiając się nad tajemniczym zachowaniem nauczyciela eliksirów. Postanowiła pójść do pokoju życzeń.
                        Kiedy znalazła się na siódmym piętrze, zaczęła chodzić w tę i z powrotem myśląc „Chcę dowiedzieć się o co w tym wszystkim chodzi”. Po chwili przed nią pojawiły się drzwi. Przeszła przez nie i znalazła się w ciemnym pokoju, a jedynym oświetlonym obiektem była jakaś czarna szafa na środku pokoju. Podeszła do niej i przypomniała sobie o czymś o czym przeczytała w książce – „Szafka Zniknięć to jeden z czarnomagicznych obiektów, które powoduje przeniesienie rzeczy znajdującej się w środku do drugiej, bliźniaczej szafki zniknięć”. Chciała dowiedzieć się prawy, a znalazła tylko szafkę zniknięć. Wpadła na pomysł, by wejść do środka i przenieść się do tej bliźniaczej szafki. Kiedy zamknęła drzwi do szafy, poczuła zawirowanie, po czym otworzyła drzwi. To co tam zobaczyło, sprawił że krzyknęła ze strachu.
-Voldemort! Zostaw mnie! – krzyknęła z przerażeniem, niemal nie przewracając szafy.
-Hermiona. Nareszcie jesteś – odrzekł, uśmiechając się do gryfonki.
-Co to ma znaczyć? O co ci chodzi?! – pytała, równocześnie krzycząc z przerażenia.
-Jesteś moją córką, Hermiono – odpowiedział, posyłając jej przyjemne spojrzenie.
Szatynka na tę wiadomość zemdlała. Na szczęście Czarny Pan zdążył ją złapać, zanim spadła na podłogę.
                        Gryfonka obudziła się w ogromnej sypialni. Rozejrzała się wokół siebie i zobaczyła Voldemorta, który wyglądał jak przed śmiercią – przystojny, czarnowłosy mężczyzna.
            -Nareszcie się obudziłaś – odrzekł, posyłając córce przyjemny uśmiech.
Czarny Pan wstał i podszedł do łóżka. Pogłaskał ją po włosach, na co odskoczyła.
            -Nie masz dowodu że jestem twoją córką – powiedziała, przeszywając go wściekłym wzrokiem.
            -A co powiesz na to, że zaczęłaś interesować się czarną magią? O tym, że potrafisz rozmawiać w języku węży? – mówił, próbując przekonać brązowowłosą.
            -W sumie masz rację. A ci podli mugole nie mogą być moimi prawdziwymi rodzicami.
Dziewczyna była szczęśliwa, że ci mugolscy tyrani nie byli jej rodzicami. Nikt nie wiedział że ją bili, głodzili i znęcali się nad nią. Jaki rodzic robi to swojemu dziecku? Uwierzyła w to, co mówił Czarny Pan.
            -A jak to się stało, że nie mieszkałam tu od początku? – zapytała, nie ukrywając ciekawości.
            -To Dumbledore. Zaatakował nasz dawny dom i próbował cię zabić. To jasna strona zaczęła wojnę przeciwko nam. Zabili na szczęście jakieś mugolskie dziecko. A nasza stara posiadłość spłonęła – opowiadał spokojnie.
            -Zemszczę się na nim. Zabiję go – rzekła, pragnąc zemsty – A co z przepowiednią wobec Pottera? – zapytała po chwili.
            -Stary Piernik rzucił Imperiusa na tą wariatkę Trelawney. Przepowiednia to tylko jego wymysł – odpowiedział, patrząc na córkę – Musisz już wracać do Hogwartu. Zobaczymy się w wakacje – dodał.

Szatynka skierowała się do szafki zniknięć, przez którą wróciła do Hogwartu.