Rozdział 2
Była już dwunasta.
Brązowowłosa właśnie wstała ze swojej kanapy i rozejrzała się po pokoju.
Wszędzie był bałagan, a na stoliku stało pięć fiolek z jakimś różowym eliksirem
i jakaś kartka papieru. Szatynka próbowała się podnieść z kanapy. Udało jej
się, jednak upadła na podłogę. Ogromnie bolała ją głowa. Jedyne co pamiętała
to… W sumie nic nie pamiętała. Pili bardzo dużo alkoholu. Po paru minutach
wreszcie stanęła na nogach. Podeszła ostrożnie do stolika i spojrzała na kartkę
papieru.
Zostawiam wam trochę
eliksiru niwelującego skutki alkoholu. Kiedy zobaczyłem was w takim stanie to
poszedłem do gabinetu i przyrządziłem trochę tego eliksiru. Jedna fiolka na
jedną osobę.
Severus Snape
Dziewczyna
zaśmiała się lekko. Wyobraziła sobie reakcje Mistrza Eliksirów na widok jego
ślizgonów leżących na podłodze, łóżku i kanapie. Musiał być nieźle zaskoczony.
Jednak nie chciała myśleć o reakcji wujka, bo głowa jej po prostu pękała.
Wzięła fiolkę i ją odkorkowała, i wypiła na raz. Po chwili położyła się na
kanapie i poczuła dziwne pulsowanie krwi w głowie. Eliksir powoli zaczynał
działać. W przeciągu godziny zdążyli obudzić się już wszyscy przyjaciele i
wypili eliksir. Po następnej godzinie byli już w drodze na boisko do
quidditcha.
-Hermiono, dzisiaj macie naznaczenie
– odrzekła ze spokojem w tonie Avada – O północy macie stawić się w sali tortur
– dodała, uśmiechając się do przyjaciół.
-Nareszcie! Tyle czekałam na Mroczny
Znak – odpowiedziała radośnie, odsyłając uśmiech.
Szatynka
była szczęśliwa z powodu naznaczenia. Nie mogła się doczekać, kiedy będzie
mogła dumnie reprezentować Czarnego Pana. Jednak wiedziała, żeby nie pokazywać
Mrocznego Znaku tak po prostu. W końcu dotarli na boisko i podzielili się na
drużyny. Dzisiaj było mniej osób, więc nie mieli pałkarzy i tylko jednego
ścigającego. Drużyny były następujące: Hermiona-Avada-Jess i Draco-Nott-Blaise.
Na nieszczęście Notta, Miona zgrabnie go wyminęła, nie dając mu szans na
przejęcie kafla. Zrobiła swój opanowany trick na wykiwanie obrońcy i strzeliła
pięknego gola. 10-0 dla dziewczyn. Blaise podał kafla do Notta, który już
pędził ku obręczom dziewczyn. Miał już rzucić kafla, jednak panna Riddle
przejęła kafla, dzięki szybkości jej nowej miotły. Pędziła w stronę Zabiniego,
który był gotowy do obrony, a Nott miał tylko Nimbusa 2001, więc nie miał szans
na dogonienie przyjaciółki, która wkrótce potem strzeliła kolejnego gola. Było
już 20-0 dla drużyny Miony. Po chwili doszło jednak do ataku na dziewczyny.
Nott rzucił kafla do lewej obręczy, jednak Jess zdążyła odbić kafla, który
poleciał prosto do panny Riddle, która już leciała do obręczy chłopaków. Strzeliła
kolejnego gola.
Po dziesięciu godzinach, nadal nie
było widać znicza. Na prowadzenie zaczęli wychodzić chłopacy, którzy mieli
przewagę wyniku, a mianowicie 380-370. W końcu Avada spostrzegła znicza, który
przelatywał między drzewami. Zaczęła lecieć w jego kierunku, a kiedy Draco
zobaczył co robi jego przyjaciółka, natychmiast rzucił się w pogoń. Gdy
czarnowłosa obróciła się za siebie i zobaczyła że blondyn leci w jej kierunku,
postanowiła zablokować mu drogę, tracąc znicza z oczu. Jej „niecny” plan się
powiódł i Malfoy skręcił gwałtownie w drzewo i spadł z miotły. Teraz pozostało
tylko złapać znicza. Gdy obrońca chłopaków spojrzał na przyjaciela, Miona
zdążyła strzelić kolejnego gola, a Avada mknęła już w stronę znicza, który
zataczał pętle wokół obręczy chłopaków. Po paru minutach mała piłeczka była już
w dłoni czarnowłosej. Dziewczyny wygrały 540-370. To był najwyższy wynik jaki
udało im się uzyskać, a były z siebie dumne. W końcu nastała godzina
naznaczenia. Przyjaciele przebrali się w szaty śmierciożerców i skierowali się
do lochów. W środku stał cały wewnętrzny krąg i sam Czarny Pan, który wywołał
najpierw córkę. Ta spokojnie podeszła do ojca i stanęła z kamiennym wyrazem
twarzy.
-Zanim otrzymasz Mroczny Znak,
musisz zabić niewinną osobę – odrzekł, wpatrując się w oczy córki – Yaxley,
Lestrange! Wprowadźcie więźniów! – krzyknął w stronę dwóch śmierciożerców,
którzy po chwili wprowadzili czwórkę ludzi. Po jednym dla Jess, Miony, Notta i
Blaise’a.
Przed
szatynką związany był Remus Lupin. Bellatrix zdjęła z jego oczów opaskę, a
kiedy ujrzał gdzie jest, zamarł.
-Hermiona! Wszystko w porządku? –
zapytał szybko, nie zważając na wzrok Voldemorta.
-Czy wszystko w porządku? –
powtórzyła ironicznie, uśmiechając się podle – U mnie dobrze, a u ciebie fatalnie.
Pożegnaj się z życiem! – krzyknęła, nakierowując koniec różdżki w jego stronę.
-Hermiono, co ty mówisz? – zapytał,
nie wiedząc co powiedzieć – Od kiedy jesteś z NIMI?
Dziewczyna
zignorowała jego pytanie i powiedziała głośno dwa, wszystkim znane słowa.
-Avada Kedavra
Z jej
różdżki wystrzelił zielony promień, który ugodził wilkołaka w twarz. Były
nauczyciel obrony przed czarną magią leżał martwy na posadzce lochu. Podniosła
lewą rękę w stronę ojca, który ukuł ją różdżką w przedramienie.
-Czy przysięgasz mi wierność? Czy
przyrzekasz, że nigdy mnie nie zdradzisz i będziesz głosić moją ideę?
-Przysięgam.
W tym
momencie poczuła ogromne pieczenie, jakby włożyła rękę w ogień. Nie chciała,
żeby wszyscy zauważyli jej słabość, więc zacisnęła zęby żeby z jej ust nie
wydobył się jęk bólu. Po chwili na jej lewym przedramieniu widniał Mroczny
Znak. Tak samo wyglądało naznaczenie Blaise’a, Jess i Notta. Draco i Avada
mieli już Mroczne Znaki, więc tylko stali wśród śmierciożerców.
Wakacje
minęły bardzo szybko. Hermiona, Teodor, Draco, Jess, Blaise i Avada siedzieli
już w jednym z przedziałów w pociągu, z którego cały czas było słychać wybuchy
śmiechu. Tą świetną zabawę przerwał pewien rudzielec który stanął w drzwiach
przedziału.
-Hermiona! Nareszcie cię znalazłem!
Gdzie ty byłaś? – spytał z troską, uśmiechając się, jakby dostał milion
galeonów.
-A co cię to interesuje? Won –
rzuciła niemiło w stronę rudzielca, przeszywając go pogardliwym wzrokiem.
-Co ty mówisz Miona? Chodź do nas, a
nie siedzisz z tymi szumowinami. Oni są nic nie wartymi ślizgonami i ścierwami
– mówił, obrażając prawdziwych przyjaciół.
Czarnowłosa
dziewczyna, która nie otrzymała jeszcze przydziału do żadnego domu poderwała
się z wściekłym spojrzeniem.
-Słuchaj idioto, nie masz żadnego
prawa obrażać naszych przyjaciół. Weasleyowie nie mają do tego praw – pocisnęła
podle rudego gryfona.
-Coś ty powiedziała?! – krzyknął
wściekle, wyciągając przed siebie różdżkę, którą przystawił do gardła siostrze
Miony.
Szatynka
wstała i uderzyła rudego w twarz. Wyjęła różdżkę i użyła na nim klątwy
niewerbalnej, którą poznała w dworze Malfoy’ów. Rudzielec rozejrzał się wokół
siebie i podskoczył z krzykiem.
-PAJĄKI! ONE
SĄ WSZĘDZIE! – krzyczał w niebogłosy, zaczynając uciekać gdzie pieprz rośnie.
Wyglądał jakby zjadł kanapkę z peklowaną wołowiną.
W przedziale
wybuchły salwy śmiechu. Widok Weasley’a uciekającego przed pająkami które tylko
on widział był komiczny.
-Czym go potraktowałaś? – spytała z
rozbawieniem siostra Malfoya.
-Klątwa Nawiedzenia. Jedna z średniowiecznych
klątw. Sam Slytherin ją wymyślił – odpowiedziała, uśmiechając się dumnie ze
swojego czynu.
Po tym
wydarzeniu jakby nigdy nic zaczęli grać w eksplodującego durnia. Blaise był w
tym mistrzem i z łatwością pokonał wszystkich. Potem objadali się różnymi
smakołykami, aż w końcu dojechali do Hogwartu. Gdy wysiedli z pociągu, wsiedli
do jednego z powozów, który pojechał w stronę zamku. Byli podekscytowani nowym rokiem szkolnym.
Jedynie Hermiona ubolewała nad tym, że jest wśród szlam i zdrajców krwi w Gryffindorze.
Wolała być w Slytherinie jak jej przyjaciele i rodzice. Z jej myśli wyrwał ją
głos Dracona.
-Wszystko w porządku? Wyglądasz
dziwnie? – zapytał, zadziwiony zachowaniem najlepszej przyjaciółki.
-Tak, po prostu wolę być z wami w
Slytherinie. A jestem wśród tych mieszańców, szlam i zdrajców krwi –
odpowiedziała, wpatrując się w szare oczy Dracona.
Nie wiedział
co odpowiedzieć. Niemożliwa jest przecież zmiana domu w połowie nauki. Wszyscy
przyjaciele chcieli by Hermiona była z nimi w domu. Nagle powozy zatrzymały
się. Wyszli z niego i skierowali się do zamku na ucztę. Dumbledore jak zwykle
mówił że ciemne moce próbują wedrzeć się do zamku, zakazy dla pierwszorocznych,
bla bla bla… Po tym nauczycielka transmutacji wniosła stołek i stary, zakurzony
kapelusz znany jako tiara przydziału. Zaczęła się ceremonia.
Gdy Adrien Shepard
trafił do Hufflepuffu, przemówił dyrektor, chcąc zacząć ucztę.
-To już koniec w tegorocznej
ceremonii przydziału. Wit-
-Nie,
Dumbledore. To nie koniec – odrzekła szorstko tiara.
Wszyscy
spojrzeli na tiarę, jakby dowiedzieli się że Dumbledore jest kobietą. Tego
jeszcze nigdy nie było.
-Eee, co masz na myśli Tiaro? –
zapytał dyrektor.
-Pragnę przydzielić kogoś jeszcze.
Ponownie.
W sali
wybuchł gwar. Wszyscy niemal nie spadli z wrażenia. Tego naprawdę nigdy nie
było. Dyrektor zarządził spokój, po czym wszyscy ucichli, wpatrując się w
kapelusz.
-Dobrze. Kogo chcesz przydzielić
ponownie? – zapytał, zezwalając na ponowny przydział ucznia.
-Pannę Granger – powiedział chłodno
kapelusz, po czym na stołku usiadła siedemnastoletnia gryfonka.
Nałożyła
tiarę na głowę i czekała na przydział, a w tym samym czasie uczniowie
wpatrywali się w gryfonkę z osłupieniem. Tylko niektórzy ślizgoni uśmiechali
się do niej. Krukoni i Puchoni mieli obojętne miny. Widocznie mieli gdzieś
gdzie trafi gryfonka.
-Zmieniłaś
się. Idealnie pasujesz do Slytherinu – odrzekł kapelusz.
-Bogu
dzięki. Nie chcę być dalej wśród tych oferm – odpowiedziała z nadzieją.
-Ale
możesz także trafić do Ravenclawu. Twoja inteligencja i bystrość przewyższa
niektóre cechy –
powiedział szorstko kapelusz.
-Zdecyduj
się stary kapelutku! –
krzyknęła bezczelnie do tiary.
-Nie
pozostawiasz mi wyboru
-SLYTHERIN! – krzyknęła na cały głos
tiara przydziału. Uczniowie domu węża wstali i zaczęli klaskać, natomiast
gryfoni byli wściekli i zawiedzeni. A rudy Weasley najbardziej.
Szatynka z
uśmiechem na twarzy usiadła przy stole ślizgonów między Draconem a Avadą.
Nareszcie może być w jednym domu z prawdziwymi przyjaciółmi.
Gdy dyrektor
klasnął w dłonie, na stołach pojawiły się przeróżne dania, na które łapczywie
rzucili się wszyscy uczniowie. Jedynie Gryfoni byli nieswoi i nie mieli zbytnio
ochoty na jedzenie. Ale za to ślizgoni ucztowali jak królowie.
Po uczcie Hermiona z innymi
ślizgonami skierowali się do pokoju wspólnego, który znajdował się w lochach.
Gdy znaleźli się w środku, brązowowłosa poczuła, że tu jest jej miejsce. Od
zawsze powinna tu być. Skierowała się z przyjaciółkami do swojego dormitorium,
w którym były już Pansy Parkinson i Milicenta Bulstrode. Gdy drzwi się
otworzyły, dziewczyny spojrzały nagle w ich kierunku.
-No, widzę że Granger została
ślizgonką na starość – zażartowała Pansy, śmiejąc się obojętnie.
-Dla ciebie Pani Riddle, Parkinson –
odpowiedziała chłodno w stronę ślizgonki o twarzy mopsa.
Czarnowłosa
spojrzała na nią tajemniczo, po czym podeszła do niej i skierowała wzrok na
lewą rękę dziewczyny.
-Udowodnij. Pokaż TO, bo ci nie
wierzę że jesteś JEGO córką – odrzekła szorstko.
Szatynka
wiedziała, że Parkinson miała ambicję na śmierciożerczynię, więc nie obawiała
się by pokazać jej Mroczny Znak. Podwinęła lewy rękaw a mopsica ujrzała słynny
znak śmierciożerców. Spojrzała na nową ślizgonkę z podziwem.
-No proszę… Jednak to prawda –
mruknęła drżącym głosem.
-Śmiesz we mnie wątpić Parkinson? –
zapytała niemiło, przeszywając dziewczynę morderczym wzrokiem.
Czarnowłosa
nie odpowiedziała, tylko przebrała się i poszła spać. W jej ślady poszły także
inne dziewczyny znajdujące się w dormitorium. Już jutro pierwszy dzień zajęć.
Pierwsze były podwójne eliksiry ze Snapem. Większość uczniów nienawidziła tego
przedmiotu i również nauczyciela. Jednak ślizgoni byli wyjątkami.
Rano szatynka obudziła
się około dziewiątej. Zaklęła, gdy spostrzegła która godzina. Ubrała się w
szkolne szaty i bez śniadania pobiegła do klasy eliksirów. Właśnie minęła
nauczyciela, który szedł w stronę uczniów czekających pod salą. Zdążyła.
-Dzisiaj trochę o antidotach.
Musicie je znać, jeśli warzycie jakiekolwiek eliksiry. Możecie także wepchnąć
bezoar do gardła poszkodowanej osoby. Dzisiaj przygotujecie antidotum na
Popularne Trucizny. Strona czterdziesta pierwsza – odrzekł chłodno profesor.
Wszyscy
wzięli się do pracy. To akurat był banalny eliksir. Hermiona wiedziała jak go
uwarzyć. Rozdrobniła dwa bezoary na proszek, dodała cztery miarki do kociołka i
dwie miarki składnika standardowego, po czym zaczęła podgrzewać na średnim
ogniu. Po machnięciu różdżką musiała zostawić eliksir na trzydzieści minut.
Po minionym czasie
dodała sproszkowany róg jednorożca, pomieszała dwa razy zgodnie z ruchem
wskazówek zegara, dodała dwie jagody z jemioły i zamieszała w kierunku
przeciwnym, po czym machnęła różdżką nad kociołkiem i wlała eliksir do fiolki.
Skończyła dwadzieścia minut przed czasem. Gdy oddała fiolkę profesorowi ten
spojrzał na nią.
-Wybitny – mruknął obojętnie – A ci
którzy skończyli, przygotują antidotum na niepopularne trucizny. Strona
czterdziesta czwarta – dodał chłodno.
Po kolejnej godzinie
eliksirów uczniowie skierowali się do klasy obrony przed czarną magią. To
stanowisko objął już prawdziwy Alastor Moody. Nie uczyli się zbytnio ciekawych
rzeczy. Po godzinie klasa ruszyła na transmutację z profesor McGonagall. Uczyli
się o tym, jak zostać animagiem, o procesach i wszystkim z tym związanym. To
było nudne jak flaki z olejem. W końcu nastała przerwa obiadowa i szatynka
mogła coś zjeść. Z przyjaciółmi usiadła przy stole ślizgonów i usłyszała
Weasleya.
-Ślizgońska szmata! – krzyknął
wściekle w jej stronę. Na jego nieszczęście w pobliżu był Severus Snape.
-Gryffindor traci dwadzieścia
punktów za obrazę domu oraz uczennicy Slytherinu – powiedział szorstko
przeszywając rudego gryfona podłym wzrokiem.
Ślizgonka
uśmiechnęła się jadowicie i posłała gryfonowi wściekłe spojrzenie, po czym odwróciła
się do przyjaciół i zaczęła pałaszować kotleta schabowego z ziemniakami.
Po przerwie obiadowej
poszli na ostatnią lekcję tego dnia, a między innymi na zielarstwo. Profesor
Sprout mówiła coś o czyrakobulwach czy coś w tym rodzaju. I tak wolała
rozmawiać z przyjaciółmi.
-Riddle! O czym przed chwilą
mówiłam? – zapytała nagle nauczycielka, przeszywając ją pouczającym wzrokiem.
-O czyrakobulwach, to jasne –
odpowiedziała pewnie, uśmiechając się fałszywie.
-Masz szczęście – fuknęła w jej
stronę, po czym zaczęła opowiadać o jakiejś ropie która zawarta jest w
roślinie.
W końcu nastąpił
wyczekiwany dzwonek przez ślizgonów, którzy kończyli na dzisiaj lekcję.
Szatynka szła jednym z korytarzy w stronę dziedzińca transmutacji, jednak nagle
zatrzymała się i zbladła. Przyjaciele spojrzeli na nią, po czym wszystko stało
się czarno białe, a Draco, Blaise i reszta zniknęli. Usłyszała coś za sobą.
Chciała spojrzeć co się stało, a to co zobaczyła, sprawiło że niemal padła na
ziemię.
-Harry! Nie! Powiedz coś! HARRY! –
krzyczał Ronald Weasley, potrząsając swoim przyjacielem który leżał na ziemi.
-To koniec! Nic już mu nie zwróci
życia! – krzyczała Hermiona Riddle, stojąca obok niej samej. Jedyną różnicą
było to, że jest czarno biała – Nadeszła twoja kolej! Avada Kedavra! –
krzyknęła ślizgonka, a z jej różdżki wystrzelił zielony promień, który ugodził
rudzielca w skroń. Padł martwy obok swojego przyjaciela
-Hermiona! Wszystko w porządku? –
zapytała z troską Avada – Strasznie zbladłaś – stwierdziła.
-Tak, to tylko… Nic. Chodźmy na
błonia – odpowiedziała, chcąc uniknąć odpowiedzi na pytanie.
Właśnie była
świadkiem śmierci Pottera i Weasleya. Co miała powiedzieć? Czy to jakaś wizja,
czy może halucynacja? Nie wiedziała która opcja mogła okazać się prawdziwą. Była
przerażona. Ale postanowiła się tym już nie zadręczać. Razem z przyjaciółmi usiedli
przed ogromnym dębem na dziedzińcu.
-Miona, powiesz nam w końcu o co
chodzi? – zapytał stanowczym tonem Draco.
Szatynka
skrzywiła się, a Avada i Jess spoglądały na nią błagalnym wzrokiem.
-No dobrze. Ale nikomu o tym nie
mówcie, dobra? – spytała, próbując się uspokoić.
-Masz nasze słowo – powiedział stanowczo
Blaise, posyłając przyjaciółce promienny uśmiech.
-Nagle wszystko zrobiło się
czarnobiałe, a wy zniknęliście – zaczęła spokojnie – Potem usłyszałam coś za
sobą, więc obróciłam się w stronę czyjegoś głosu – kontynuowała – I spojrzałam
Weasleya, płaczącego nad martwym ciałem Pottera i mnie, jak mówiłam coś w stylu
że nic mu nie zwróci życia i że to kolej rudzielca. Mój klon wycelował w niego
różdżką i strzelił Avadą. Oni obydwaj byli już martwy – mówiła drżącym głosem.
Mimo tego,
że wyrzuciła to z siebie, nie mogła się uspokoić. Przyjaciele patrzyli na nią
ze współczuciem. Nie wiedzieli jak to jest zobaczyć samą siebie zabijającą
dwóch gryfonów.